Reklama
  • Poniedziałek, 13 marca (08:00)

    Czy suplementy diety mogą zabić?

Szkodliwe bakterie, substancje rakotwórcze, specyfiki podobne do narkotyków – to składniki niektórych przebadanych niedawno suplementów diety, dostępnych na polskim rynku. Co jeszcze się w nich kryje? I dlaczego stosujemy ich coraz więcej? Redakcja Sekretów Medycyny przeprowadziła w tej sprawie śledztwo...

Aby zdobyć środek o składzie zbliżonym do amfetaminy, nie trzeba było dzwonić do dealera ani szukać punktu sprzedaży dopalaczy – jeszcze niedawno wystarczyło udać się do... apteki.

Do takich wniosków można dojść, czytając opublikowany niedawno raport Najwyższej Izby Kontroli. Na jej zlecenie w laboratoriach m.in. Głównego Inspektoratu Sanitarnego przebadano kilkadziesiąt losowo wybranych suplementów diety dostępnych na naszym rynku.

Reklama

Substancję łudząco podobną do amfetaminy znaleziono w preparacie mającym wspomagać odchudzanie. A szokujących odkryć było znacznie więcej...

Nie wiesz, co jesz

Ze sprawozdania Najwyższej Izby Kontroli wynika, że przyjmowanie sprzedawanych w aptekach specyfików przypomina rosyjską ruletkę: możemy „ustrzelić” produkt, w którym poza probiotykiem znajdują się szczepy drobnoustrojów w ogóle niewymienione w składzie, w tym nawet bakterie chorobotwórcze z grupy Enterococcus faecium, czyli tzw. bakterie kałowe.

Jak stwierdzili eksperci, obecność tych ostatnich w badanych próbkach „stwarzała poważne zagrożenie dla zdrowia, a nawet życia konsumentów”.

To jeszcze nic! Według opinii specjalistów niektóre wykryte substancje mogły mieć właściwości alergenne i rakotwórcze, powodować zakażenia dróg oddechowych oraz moczowych, a także przyczyniać się do powstawania ropni i zatruć pokarmowych.

Spośród 45 przeanalizowanych suplementów diety zakwestionowano skład aż 38! Na szczęście zostały już wycofane ze sprzedaży, lecz na tym dobre wiadomości się kończą. Wciąż nie mamy pewności co do receptury i jakości wielu innych środków tego typu, sprzedawanych „od ręki” w aptekach tradycyjnych i internetowych oraz wirtualnych sklepach.

Brak odpowiednich regulacji prawnych sprawia, że producenci czują się bezkarni i wprowadzają na rynek pigułki i mieszanki, których skład bywa co najmniej zaskakujący. Jak to możliwe?

Polacy na prochach

W trakcie ostatniej dekady w naszym kraju zarejestrowano prawie 30 tysięcy suplementów diety – i ciągle ich przybywa. W maju 2006 roku TNS OBOP donosił, iż po tego typu specyfiki sięgał co piąty Polak, osiem lat później odsetek ten wzrósł do 36%.

Wygląda na to, że – zamiast zadbać o dietę – wielu z nas wybiera prostszy i szybszy sposób, czyli... łykanie pastylek, które mają zapewnić zdrowie. Czy oznacza to, że sięgamy po suplementy z lenistwa? Niekoniecznie.

Winne są tu głównie reklamy rzekomych „cudownych preparatów” atakujące nas z każdej strony – w radiu co drugi spot dotyczy produktów zdrowotnych i leków!

Świadomość istnienia suplementów jest wśród konsumentów imponująca, lecz nie przekłada się to na rzetelną wiedzę na ich temat. Według sondażu 43% osób przypisuje im właściwości, których w rzeczywistości nie posiadają, a połowa ankietowanych uważa, że podlegają one takiej samej kontroli jak lekarstwa. Ta ostatnia kwestia jest chyba najbardziej niepokojąca.

Zanim lek zostanie dopuszczony do obrotu, z reguły mijają dwa lata – wcześniej specyfik dokładnie sprawdzają Europejska Agencja Leków oraz dwa polskie urzędy. Tymczasem w przypadku suplementów procedura jest znacznie mniej skomplikowana. Oficjalnie nie są one farmaceutykami, lecz skoncentrowanym źródłem witamin, składników mineralnych lub innych substancji wspomagających prawidłowe żywienie.

Aby wprowadzić je na rynek, producent musi jedynie zgłosić zamiar sprzedaży. Organem odpowiedzialnym za to, żeby do aptek nie trafiały trujące „buble”, jest Główny Inspektorat Sanitarny. Wprawdzie powinien badać wszystkie rejestrowane produkty, ale teoria często rozmija się z praktyką…

Przy wzmożonym zalewie rynku farmaceutycznego suplementami diety pracownicy GIS-u nie są w stanie nadążyć ze sprawdzeniem wszystkiego. Codziennie do siedmiu laborantów trafia trzydzieści preparatów. Dogłębna analiza składu każdego z nich jest niewykonalna.

Poza tym obecne przepisy stanowią, że suplement, który został zarejestrowany w jakim­kolwiek kraju Unii Europejskiej, może być bez przeszkód sprzedawany w pozostałych. A to znacznie utrudnia odsiewanie szkodliwych środków.

Przezorny zawsze ubezpieczony?

Brak kontroli nad interakcjami między poszczególnymi składnikami suplementów, ich wpływ na inne produkty lecznicze czy też możliwość przedawkowania – to tylko kilka zagrożeń czyhających na przeciętnego konsumenta preparatów wzbogacających dietę.

Tymczasem efekty ich niewłaściwego stosowania niekiedy okazują się katastrofalne. Przykładowo zażywanie specyfików zawierających wysokie dawki wapnia może utrudniać przyswajanie i tym samym zmniejszać efektywność lekarstw przepisywanych przy nadciśnieniu, zaburzeniach rytmu serca czy chorobach tarczycy.

Z kolei „wspomagacze” z miłorzębu japońskiego (Ginkgo biloba) wzmagają działanie antydepresantów, zwiększając tym samym ryzyko niepożądanych skutków.

– Szczególną uwagę należy poświęcić preparatom odchudzającym – ostrzega prof. dr hab. Maria ­Borawska, kierownik Zakładu Bromatologii Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku i ekspert Zespołu ds. Suplementów Diety przy Głównym Inspektoracie Sanitarnym.

– Mogą one ograniczać lub utrudniać wchłanianie równolegle przyjmowanych leków, o ile nie będzie zachowany odpowiedni odstęp czasu pomiędzy dawką lekarstwa a zażyciem suplementu.

Kto pyta farmaceuty, nie błądzi

Jak więc należy dobierać „wspomagacze”, aby sobie nie zaszkodzić? – Przede wszystkim pacjenci powinni nie bać się aptekarza i pytać go o skuteczność poszczególnych preparatów.

Może się na przykład okazać, że nie musimy kupować popularnego suplementu diety, ponieważ dostępny jest lek bez recepty o lepszym działaniu – mówi farmaceutka Maria Pieńkowska, która w serwisie pogromcyreklam.blogspot.com demaskuje sztuczki stosowane przez producentów zachęcających do nabycia specyfików poprawiających zdrowie.

To cenna rada, szczególnie w przypadku probiotyków. – Różnica jest kluczowa, bo kupując lekarstwa, mamy pewność, iż zostały one przebadane, więc w ich składzie nie kryją się żadne niespodzianki – dodaje ekspertka. Zresztą, przyjmowanie dodatkowego środka nie zawsze jest zasadne; o to również warto dopytać przed zakupem.

Sprytnych wybiegów mających nas skłonić do zażywania „cudownych pastylek” oczywiście nie brakuje. Niektóre z nich są kuriozalne: – Znane z telewizji tabletki mające regenerować wątrobę zachwalane są z powodu posiadania w składzie mnóstwa substancji. Pacjenci przyzwyczaili się, że „więcej” znaczy „lepiej”, ale tym razem ta zasada nie działa.

Przecież każdy z tych związków trafi do wątroby, co raczej nie ułatwi jej pracy, a może ją tylko dodatkowo obciążyć – wyjaśnia Pieńkowska.

Z drugiej strony nie należy demonizować suplementów diety i traktować ich jako potencjalnych trucizn. W niektórych sytuacjach zdecydowanie warto sięgać po preparaty z magnezem, a kobietom w ciąży zaleca się zażywanie kwasu foliowego i jodu.

Większości Polaków na zdrowie wyjdzie też zakup witaminy D­ – w naszej szerokości geograficznej dostęp do światła słonecznego jest ograniczony, więc często cierpimy na jej niedobór.

Po prostu ważne jest, by zawsze przed rozpoczęciem kuracji zasięgnąć opinii specjalistów zamiast bez zastanowienia faszerować się produktami zachwalanymi w reklamach.

Profesor Maria Borawska podkreśla: – Suplementy diety mogą uzupełnić potrzebne nam mikroelementy, ale pod warunkiem, że będziemy je stosować rozważnie, a przed użyciem skonsultujemy się z lekarzem lub farmaceutą. Niby oczywistość, lecz zaskakująco wielu z nas o tym zapomina… 

Zobacz również

  • Ciągle słyszymy, że to biała śmierć. Ale jej niedobór zaburza pracę ważnych organów. A odpowiednia dawka (1 łyżeczka dziennie) jest wręcz niezbędna dla zdrowia! więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.